Sliding_panel_tab
 
 
POLECAMY
Polski portal satyryczny
 
 
NAJNOWSZE W GALERIACH
- dodaj swoje zdjęcia
_mg_3666_square50_mg_3664_square50_mg_3663_square50_mg_3660_square50_mg_3659_square50
 
 
GORĄCE ARTYKUŁY
W rytmach kujawskich w Szkole Muzyczn... (1)
Dożynki w Biskupicach (8)
Transfer Bydgoszcz w Radziejowie. (2)
Coś dla sympatyków piłki siatkowej !!! (2)
Ustanowiono Sanktuarium w Klasztorze ... (1)
 
WIDEO

Włocławek: Moje miasto | Artbeats & Film clutter | PP-01™

Damian Adamski skomentuj...1 komentarz
 
 
POPULARNE TAGI
 
 
Baner3
LINKI ZEWNĘTRZNE
Włocławek in Wikipedia (english)
Włocławek w polskiej Wikipedii
Urząd Miejski we Włocławku
 
 
 
← Powrót

Komeda, Zośka i inni

29/03/2010 20:45

W tym roku mija pierwsza rocznica śmierci Zofii Komedy-Trzcińskiej, żony Krzysztofa Komedy.
Zofia Komeda-Trzcińska. Wieloletnia działaczka jazz-klubu krakowskiego, Polskiej Federacji Jazzowej i Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego; impresario wielu jazzowych zespołów, a przede wszystkim – menager własnego męża. Bardziej znana jako żona KRZYSZTOFA KOMEDY – legendy polskiego jazzu.

Krzysztof Komeda, w swoim krótkim życiu, skomponował muzykę do ponad 50 filmów, w tym 10 zagranicznych. Największą sławę przyniosła mu kołysanka do „Dziecka Rosemary”, która nominowana była do światowej nagrody Złotego Globu w 1969 roku.

Poniżej prezentujemy niezwykłą rozmowę, którą z Zofią Komedą-Trzcińską przeprowadził nasz Przyjaciel – Marek Różycki jr.

Krzysio_komeda_z_zośką_article

- Dlaczego spośród wielu znanych Ci fascynujących i utalentowanych mężczyzn wybrałaś Krzysztofa Komedę na męża?

- Wzruszył mnie swoją wielką pasją, konsekwencją i uporem w tym co robił, a jednocześnie wielką bezradnością. Jako astrologiczny Skorpion lubię drobnych, małych blondynków, którymi trzeba się opiekować…

- Jesteś bardzo zaborcza, zastanawia mnie więc jak udało się Wam stworzyć harmonijne małżeństwo?

- Byłam nadopiekuńcza. Ja Krzysia nawet strzygłam, bo jemu wciąż szkoda było czasu; albo komponował, albo coś mu się dobrze grało, albo ćwiczył. Szyłam mu nawet bardzo modne, piękne i kolorowe koszule. Ludzie się zachwycali. To dawało mi ogromne zadowolenie, że sprawiam mu przyjemność i że tak ładnie wygląda. Tak się nim opiekowałam, że nawet przy wyrywaniu zęba stałam za fotelem dentystycznym i trzymałam go za skronie. Tego sobie życzył, bo przyzwyczajony był do mojej troskliwości. On nigdzie, bidak, nie mógł beze mnie być, ani poflirtować sobie za bardzo, bo już trzask prask…, patrzą – Zośka jest przy nim… Ja sobie z tego nie zdawałam sprawy. Wiele lat po jego śmierci zrozumiałam, że nie dawałam mu odetchnąć. Toteż jak się czasami wyrwał i dopadła go jakaś piosenkarka – korzystał z tego. Nigdy w życiu sam nie atakował kobiet, ale jak dziewczyna była zaborcza – to on poddawał się…

- A czy z powodu tej zaborczej miłości do Krzysia nie cierpiało Twoje dziecko z pierwszego małżeństwa?

- Ja taka sama byłam dla mojego dziecka. Z tym, że dla Krzysia byłam łagodniejsza, a dla syna bardziej wymagająca i szorstka.

- Czy jako żonie, która – jak sądzę – wolałaby mieć stabilny dom, nie przemknęła Ci przez głowę myśl, że lepiej byłoby mieć za męża lekarza-laryngologa ze stałymi dochodami (bo takie wykształcenie miał Krzysztof Komeda), niż kompozytora, „pędziwiatra” wiecznie z głową w chmurach?

- Bardzo dobre pytanie. Nigdy w życiu o tym nie pomyślałam. Właśnie ja mu pomogłam przestać być laryngologiem, zostawić medycynę. On wszystko co robił, starał się wykonać perfekcyjnie i był bardzo dobrym laryngologiem. Robił już nawet operacje. Ale tak strasznie cierpiał i tęsknił za muzyką, że jak chodził na poranki filharmoniczne w Poznaniu, to płakał z tęsknoty i radości, że w ogóle słucha muzyki. On nie tylko uznawał i kochał jazz, ale także muzykę poważną; zawsze miał karnet na Festiwal Chopinowski i Warszawską Jesień. Mało tego, że mnie wcale nie zależało na tym, żeby on był regularnie zarabiającym mężem, opiekunem domu na posadzie. Nigdy w życiu, żeby była nawet jakaś największa potrzeba finansowa dla domu, nie namówiłam go na pisanie piosenek, bo on tego nie cenił.

- Zosiu, ale chyba byłaś zmęczona takim życiem u boku wybitnego kompozytora, będąc jego menagerem, żoną, opiekunką, muzą…?

- Fakt, bardzo byłam zmęczona, z czego nie zdawałam sobie sprawy. Pamiętam, kiedyś leżeliśmy sobie z Krzysiem wieczorem, przebrani już w piżamy i słuchaliśmy jakiejś muzyki jazzowej. I w pewnym momencie powiedziałam do niego: Mój Boże, jak ja bym chciała już Krzysiu, żebyśmy tak mieli po siedemdziesiąt lat i mogli spokojnie, kiedy chcemy, pójść sobie do parku, do Łazienek, karmić kaczki, łabędzie; żebyśmy sobie spacerowali i nie musieli się nigdzie spieszyć, coś ciągle załatwiać. I wtedy on się przeraził. Powiedział: Jak ja ciebie nie rozumiałem i nie znam; nie wiedziałem, że jesteś już tak bardzo zmęczona. Miałam wówczas najwyżej 31 lat i byłam potwornie wyczerpana tą nieustającą walką z opornym życiem, istnieniem, bo byłam wszystkim dla niego: krawcową, fryzjerką, menagerem, prowadziłam dom, wychowywałam dziecko, pracowałam zawodowo jako impresario jazzowych zespołów w nieustalonych godzinach. Nieraz największa praca była w dni świąteczne, soboty i niedziele, i całe noce zarywałam. A jeszcze dokształcałam się, bo zawsze ciągnęło mnie do ludzi inteligentniejszych ode mnie. Może to jest rodzaj jakiegoś snobizmu, ale jeżeli tak – to bardzo dobrze na tym wyszłam, bo dużo więcej dowiedziałam się z życia i o kondycji ludzi.

- Życie towarzyskie, „otwarty dom”, wielość różnorodnych znajomości – to chyba również męczyło?

- Nie, wręcz dawało mi ulgę; nawet piłam wtedy alkohol i pozwalało mi to rozładować napięcia. Gdy Krzysio już za bardzo pracował, to specjalnie nakłaniałam go i nie umówieni z nikim szliśmy do SPATIF-u. Gdzie był najmilszy stolik z jakimiś najsympatyczniejszymi znajomymi – tam się przysiadaliśmy i bawiliśmy się, pili wódkę, jedli, gawędzili dotąd, aż nas ze SPATIF-u nie wyrzucono. Wtedy szliśmy jeszcze do „Melodii”, przeważnie z Tadziem Konwickim, który też był bardzo wytrwałym kompanem, wspaniałym umysłem do towarzystwa i też lubił popijać. W „Melodii”, która była naprzeciwko KC, portier zwykł mawiać: Znowu pan Konwicki ze swoim towarzystwem… Panie Tadeuszu, ile razy mam panu mówić, że ta speluna nie jest dla takich ludzi, jak pan…

- Kto jeszcze towarzyszył Wam w tych nocnych eskapadach?

- Zbyszek Cybulski się przewijał, Adaś Pawlikowski, Kostenko, Andrzej Kondratiuk, Janek Himilsbach, i wielu, wielu innych. Kilka razy widzieliśmy Hłaskę, ale wówczas jeszcze nie byliśmy przyjaciółmi.

- Twoja i Krzysia znajomość z Markiem Hłasko przerodziła się w przyjaźń dopiero w Ameryce?

- Hłasko też został ściągnięty do Los Angeles przez Polańskiego. Przyjechał z Paryża, gdzie już zdobył sobie pewną pozycję. Miał być Romka scenarzystą, ale on odrzucał scenariusze Hłaski twierdząc, że są za bardzo europejskie lub słowiańskie. Twierdził, że Marek nie umie pisać dla Amerykanów. Hłasko był czuły, wrażliwy, wielki polski patriota i bardzo nieszczęśliwy, tęskniący za ojczyzną, do której nie mógł wrócić. Został zgnojony przez Polańskiego. Sam Marek mi powiedział: „Romek wykopał mnie jak psa na zbitą mordę i zmarnował mi życie”. Przyjaźń między nami, a Hłaską – to było za mało powiedziane; to była miłość. Krzysio go kochał całym sercem i on Krzysia. Dlatego odebrał sobie życie, jak Krzysio umarł. I ja go pokochałam, choć poznałam Marka, gdy Krzysio był już bardzo chory, a ja przyjechałam do Ameryki. Zadzwoniłam do niego, przedstawiłam się i powiedziałam: panie Marku, tutaj cała Polonia usiłuje mi wmówić, że gdyby nie pan, nie byłoby wypadku. A ja pana o nic nie winię, bo Krzysztof był nawet starszy od pana i obaj byliście urżnięci. Ostatnią Wielkanoc w swoim życiu Hłasko spędził ze mną. Trzy doby byliśmy razem. Jeździliśmy tylko do Krzysia na kilka godzin do szpitala i znów wracaliśmy do rozmów. On wówczas wiele opowiedział mi o sobie.

- Zosiu, jesteś rówieśniczką pokolenia, z którego wywodzi się Osiecka, Nasierowska, Pola Raksa, Cybulski, Polański, Łomnicki, a które identyfikujemy dzisiaj – jako szalone, zwariowane i piękne czasy. Z tego zaś co mówisz, nie wynika wcale, że jesteś typową dziewczyną lat 50., tylko taką trochę cura domestica, mamuśką, która jak kwoka roztaczała opiekę nad Krzysiem i synem.

- Nieprawda, cieszyłam się życiem! Ale jak ja mam ci to opowiadać? Bawiłam się, wykorzystując każdy moment. Były wspaniałe jazz-campingi, bardzo często chodziliśmy do przeróżnych knajp, urządzaliśmy wspaniałe sylwestry, a sam fakt, że Krzysio nazwał kompozycję dla mnie „Crazy girl” („Szalona dziewczyna”) – to najlepiej o tym świadczy. Właśnie byłam szaloną dziewczyną, bo mówiłam ludziom prawdę w oczy i bali się mnie. A jak tańczyłam – to tańczyłam do upadłego; a jak piłam… Wszystko robiłam do końca. Całą siebie wkładałam w każdą czynność, której się podejmowałam.

- Czy możesz powiedzieć – dlaczego po śmierci Krzysia nie związałaś się już z żadnym innym mężczyzną?

- Związałam się kilkakrotnie, ale nie dochodziło do ślubu, bo zawsze w ostatniej chwili porównywałam go z Krzysiem i robiłam rejteradę, uciekałam.

- Po sześciu latach od śmierci Krzysia pojechałaś w Bieszczady i osiedliłaś się tam na wiele lat. Skąd ta decyzja?

- Bieszczady – to była moja samoobrona przed „warszawką” i „Księstwem Warszawskim”. Ja pochodzę z kresów – co prawda bliskich, znad Buga, ale już etnicznych ziem ukraińskich, gdzie ludność wiejska była Ukraińcami, gdzie były cerkwie i pięknie śpiewano msze gregoriańskie. Nie mogłam wrócić w moje strony rodzinne, więc pojechałam w Bieszczady, bo częściowo przypominało mi to majątek Dryszczów. Dziwny zbieg okoliczności, że osiedliłam się w tym miejscu w Bieszczadach, gdzie mój ojciec przyjeżdżał na polowania i mam z nim zdjęcie z tego okresu.

- Powróćmy jeszcze do ludzi, którzy swoją osobowością wywarli piętno na całym pokoleniu, a których znałaś i kochałaś.

- Zbyszek Cybulski. On nigdy nie powinien się ożenić, bo nie dawał gwarancji ani stabilności rodzinie przez swój charakter i sposób bycia. W życiu osobistym ten wybitny aktor nie był szczęśliwy. Ale był to szlachetny, bardzo wartościowy, wrażliwy człowiek i przyjaciel. Bardzo serdecznie lubiłam Kobielę – ceniłam go i szanowałam. Współczułam temu utalentowanemu aktorowi – czego mu nigdy nie powiedziałam – że miał taki piskliwy głosik i nie był za piękny. Kobiela był z tego powodu mocno zakompleksiony. Zbyszek Cybulski z kolei cierpiał strasznie z powodu krótkich nóg… Bardzo ceniłam i lubiłam Antoniego Słonimskiego, Adama Ważyka, profesora Kotta, wspaniałego pisarza i gawędziarza – Stryjkowskiego oraz bardzo zacnego człowieka, Stefana Staszewskiego, wyklętego na wieki przez towarzyszy, komunistę. Wiele intelektualnie zyskałam na tych znajomościach i przyjaźniach.

- Powiedz, dlaczego tak ceniłaś i przyjaźniłaś się z dość przecież kontrowersyjnymi w życiu prywatnym – Iredyńskim, Hłaską, Dymnym, Himilsbachem?

- Ja w ludziach, którzy uchodzili w tak zwanym środowisku za brutalnych, wulgarnych czy prostackich – niczego takiego nie dostrzegałam. Nigdy nie miałam z nimi żadnych spięć. Dochodziłam z nimi do wielkiej przyjaźni i zażyłości. Tak było z Himilsbachem, Iredyńskim i tak samo było z Markiem Hłasko. Ja nawet kiedyś powiedziałam Iredyńskiemu: Stary, ty mnie wpędzasz w kompleksy. On się okropnie zdziwił i spytał dlaczego. A ja mu odpowiedziałam, że każda babka skarży się, że albo je gwałci, albo namawia do gwałtu, bije po mordzie, mówi o nich, że są spluwaczkami itd., a dla mnie jesteś kumpel i jeszcze zaprosiłeś mnie do węgierskiej knajpy na obiad. Czyżbym nie była kobietą…? Albo Wiesio Dymny. Bywał groźny po alkoholu, ale ja z nim nigdy nie miałam problemu. Myśmy sobie mówili – „kumie” i „kumo”. Był moim kumplem od serca. Podobnie było z Jankiem Himilsbachem. Romek Polański, gdy byli w ciężkiej sytuacji z Basią Kwiatkowską w Paryżu, gdy walczył o to, żeby się wybić – statystował i pisał za pół darmo sceny do scenariuszy, to właśnie ze mną korespondował i zawsze znajdowaliśmy wspólny język. Opisywał – co zrobił, komu jakiś kawałek scenariusza napisał za grosze, gdzie statystował itd. Zupełnie jak dwie bliskie sobie dziewczyny, które rozstały się na jakiś czas, pisaliśmy do siebie obszerne listy.

- Jak określiłabyś fenomen Polańskiego, który z tego pokolenia wybił się najbardziej?

- Dlatego, że on był bardzo konsekwentny i niejednokrotnie potrafił być okrutny, żeby tylko osiągnąć sukces za wszelką cenę. Absolutnie bez sentymentów odrzucił Hłaskę, którego przecież sam ściągnął do Ameryki. Potrafił deptać ludzi! Ale Krzysio pracował dla niego z wielką radością.

- Jak Ty odebrałaś Hollywood?

- Nigdy w życiu nie zaakceptowałam tego towarzystwa. Cała ta pompa była mi obca. Zawsze na przyjęciach pokazywałam im „gest Kozakiewicza”… Na największych przyjęciach, jak patrzyłam na te sztuczne kobiety ze sztucznym uśmiechem, które nie mogły normalnie utrzymać szklanki, bo miały podolepiane szponiaste pazury, zalecające się do różnych starych, obleśnych, opasłych producentów i reżyserów, żeby tylko jakąś rólkę czy epizodzik dostać – gardziłam nimi. Albo ci rozpirzeni młodzi filmowcy z rozchełstanymi koszulami, odkrytymi torsami, poobwieszani świecidełkami, krzyżami na złotych, grubych łańcuchach, albo gwiazdami syjonu… To było okropne! Ja zazwyczaj występowałam w skandynawskich drewnianych chodakach, dżinsach i starym, powyciąganym swetrze Krzysia o takim miodowym kolorze… Nie znosiłam tej pompy i nie znoszę. Pojechałam w Bieszczady i tam mam przyjaciół – prostych chłopów i umiem z nimi rozmawiać. Równie świetnie towarzysko bawiłam się pijąc wódkę z chłopami, góralami bieszczadzkimi, jak z inteligencją. Ale tak jak nie cierpiałam miałkiej intelektualnie „warszawki”, tak nie uznawałam „śmietanki” Hollywoodu, gdzie liczył się tylko szmal, seks i wszystko było robione pod kątem pokazania się na tym targowisku próżności.

- Na koniec powiedz kilka słów o swojej pasji społecznikowskiej, która przerodziła się w politykę.

- Włączyłam się w politykę między innymi organizując Komitet Obywatelski, zakładając pierwszą w Polsce Solidarność Rolników Indywidualnych w 1981 roku w Bieszczadach; współorganizowałam pierwszy strajk chłopski w Ustrzykach, który tak długo trwał – nie nagłaśniany przez wiele miesięcy – a który teraz nazywają strajkiem Ustrzycko-Rzeszowskim. A Rzeszów poparł nas dopiero po dwóch miesiącach…

- Dlaczego to wszystko robiłaś?

- Z potrzeby serca. Tak jak pokochałam jazz, bo był zakazany. Ja jestem z rozparcelowanych ziemian. Gdyby nie komuna – nie zamieszkałabym w mieście. Na pewno wyszłabym za ziemianina, albo gospodarowałabym na Dryszczowie. Odebrano mi moją osobowość, moją największą miłość – ziemię i skazano na życie w mieście. Przed kilkunastoma laty znów, niestety, wróciłam do Warszawy – do mieszkania, w którym zaczynałam życie z Krzysiem. W śladowym nakładzie wydałam biograficzną książkę pt.: „Komeda, Zośka i inni”. Pierwotnie chciałam dać tytuł książce „Oj, Zośka”. Taki tytuł, bo zawsze byłam i jestem skandalistą, i żyłam tak jak chciałam.

Marek Różycki jr


Zofia Komeda-Trzcińska w zeszłym roku zmarła w wieku 79 lat w jednym z warszawskich szpitali na atak serca.


Tagi:  wywiad, Marek Różycki jr, Zofia Komeda-Trzcińska, Krzysztof Komeda



Krzysio_komeda_z_zośką_thumbnail2
Zosia_komeda_thumbnail2

 

Krzysztof Rawicz 29/03/2010 23:05

Jeden z najlepszych, wszechstronnych wywiadów, jakie czytałem! Dziękuję Redakcji i Autorowi!

Zbigniew Zarzycki 29/03/2010 23:29

Niesamowita historia: Komeda, Hłasko, Polański… Ta rozmowa powinna być upowszechniona – szczególnie wśród młodych ludzi.

siecioludekAl.... 30/03/2010 00:25

Podpisuję się pod wypowiedzią p. Zbigniewa Zarzyckiego.
Wspaniały wywiad, obrazujący czasy minionej epoki.

Lili 30/03/2010 00:26

Wywiad z przyjemnością przeczytałam.
Dziękuję Autorowi i pozdrawiam serdecznie.

rmlynarczyk 30/03/2010 07:48

Wywiad bardzo wszechstronny i BARDZO OSOBISTY, nie pamietam, kiedy coś podobnego czytałem. Moją uwagę przykuły bardzo osobiste wątki uczuciowe. kobieta mówi o nich normalnie ze spokojem. niemam,że osobowość dziennikarza również jest tu waża, nie przed wszystkimi potrafimi i możemy się otworzyć…Dlatego duże słowa uznania dla pana Marka za taki włąśnie wywiad.

Jane-x 30/03/2010 07:54

ej rzeczywistosci, nie tylko tej atrystycznej. Gdyby nie artykuół, nie wiedziałbym wielu rzeczy

Wywiad 30/03/2010 07:56

Gratuluję…oby więcej takich Autorów..
Pozdrawiam:)

Olga 30/03/2010 07:57

Z tej rozmowy bardzo wiele się nauczyłam. Nie wiedziałam, że do tej pory żyła żona Krzysztofa Komedy!

Jolanta Mariańska 30/03/2010 08:07

Kolejny świetny tekst Pana Marka! Wyważony, przemyślany, literacko i poznawczo doskonały. Dziękuję :)

Stanisław Wierzejewski 30/03/2010 08:35

To mi się podoba: “Ale tak jak nie cierpiałam miałkiej intelektualnie „warszawki”, tak nie uznawałam „śmietanki” Hollywoodu, gdzie liczył się tylko szmal, seks i wszystko było robione pod kątem pokazania się na tym targowisku próżności.” Jestem tego samego zdania!

Małgosia Trzmiel 30/03/2010 08:57

Wywiad bardzo mi się podobał.Z przyjemnością przeczytałam interesujący tekst.

Karol Leśniewski 30/03/2010 09:37

Najważniejsze robić w życiu to, co kochamy i co robimy najlepiej. A czasami przypadek i przeciwności losu decydują za nas i czynią to, czego w ustabilizowanym życiu nigdy byśmy nie popełnili.

Anna Czerska 30/03/2010 10:26

Minęła epoka Wielkich OSOBOWOŚCI, takich jak Marek Hłasko, Krzysio Komeda, Zośka Komedowa, Osiecka, Konwicki, Himilsbach, Dymny i cała plejada prawdziwych Artystów. Dziś mamy tylko żenujące “gwiazdy”……… :(((

Kaśka Bielska 30/03/2010 11:03

Prawdę mówiąc, gdyby nie “komuna” Pani Komedowa nie miałaby szansy zaistnieć, nigdy by nie poznała Krzysztofa, siedziałaby na wsi i zajmowała się “produkcją” dziatek, jak na przykładną ziemiankę przystało!
Czyli nie ma tego złego, co by się jakoś nie zrehabilitowało…

Ela Cieślak 30/03/2010 12:24

Tak… ciekawe życie. I perfekcyjna robota dziennikarska. Świetnie się czyta. Gratuluję Marku, że potrafiłeś namówić Z. Komedową na taaki wywiad.

Ryszard Petrycki 30/03/2010 14:13

Wywiad rzeka ciekawy sposób prowadzenia wywiadu ale wypowiedzi tej pani zony Komedy sa nieszczere i chwilami pokretne.Gdyby p.Komeda miał tam zainteresowanie jego muzyka bylby inny odbior .
Wypowiedz na temat innych osób z ich towarzystwa i znajomych sa pozbawione naleznego im blasku i nawet obrazliwe.
Znalem osobiscie p.Polanskiego ,jego postac nie jest spojna a nawet przekoloryzowana ,
Co co w Polsce uchodzilo za Hit to za granica bylo mało popularne a i nie wzniosłe .
W sród artystów -muzykow Komeda mial dory odbiór ale tylko we własnym gronie.Ta muzyka dopiero sie rodzila.
Jego zonka trzymała go na krótkiej smyczy bo to byl dobrze zapowiadajacy sie muzyk .
Swoboda obyczajów jak i stroje tam sa dowolne ale nie az do takiej przesady.Druga moja ocena nastapi

Irka Nowak 30/03/2010 14:55

A ja lubię tu zaglądać, zawsze coś ciekawego na mnie czeka i to podane w takiej ładnej, łatwej do przyswojenia formie!

Hanna Punde 30/03/2010 17:43

A ja ten perfekcyjny wywiad – wydrukuję i włożę do najcenniejszych wspomnień o Marku Hłasko i innych Pięknych Dwudziestoletnich. To nieomalże już dokument tamtych czasów.

Kinga Ludwikowska 30/03/2010 20:18

Ciekawy tekst. Czytając go czułam atmosferę tamtych czasów. Atmosferę środowiska z jakim związani byli Zofia i Krzysztof Komedowie.
Ta cała bohema artystyczna…

A poza tym, to chyba naprawdę była WIELKA miłość.
Przynajmniej z jej strony…

Julia Niewiadomska 30/03/2010 20:39

“Jego żonka trzymała go na krótkiej smyczy” – panie Ryszardzie, z pewnością ta smycz zdziałała cuda! Sam Pan z pewnością wie, jak to jest z kapryśnymi talentami, bez czułego nadzoru (a jednak!), połowa twórczości by zaginęła, jako nie dość doskonała w odczuciach mistrza…

odmieniec 30/03/2010 21:44

Jak to wszystko się odbywało? PRL! Pogardzana, Potępiana, Krytykowana i wreszcie wykopana. A tyle wielkich Sław w Filmie, Muzyce,Piosence? Czy może ktoś to mi wytłumaczyć? A może ludzie aby się rozwinąć potrzebowali takiego gruntu? Takiej Gleby.

Antoni Nadzikowski 31/03/2010 09:16

Rozpocznę od cytatu" Dlaczego to wszystko robiłaś? Z potrzeby serca tak pokochałam jazz". Jeżeli ktoś w swoją pracę tak się angażuje i wkłada całe swoje serce, to należą mu się najwyższe słowa uznania.Wydaje mi się, że nic więcej nie można dodać…. Tak samo jak należą się słowa uznania dla autora tego artykułu.

Krystyna Brzeska 31/03/2010 12:09

Wywiad dobrze pomyślany i zgrabnie poprowadzony,informacji wiele niesie, brawa dla Pana Marka Różyckiego!

Joanna Kossecka 31/03/2010 20:27

Wolałabym żyć w tej, niestety, minionej epoce!

Katarzyna Chabelska 01/04/2010 09:29

Ta rozmowa spowodowała u mnie lawinę przemyśleń. W PRL byliśmy o wiele ambitniejsi, jeśli chodzi o kulturę, poszanowanie bliźniego, samokształcenie i o talenty, których teraz jak na lekarstwo! Teraz mamy tylko “tandetę” amerykańską – lekką, łatwą i “przyjemną” – “lekkostrawną”…..

Szczygi 10/05/2010 16:42

Dzięki Marku, za przedstawienie tego złotego pokolenia okiem Pani Zofii Komedowej. Mogę się pochwalić, że byłem w miejscowości bieszczadzkiej w której i ona mieszkała przez pewien okres. Podobno nigdy nie lubiła wracać do rozmów o śmierci Krzysia.

EWA 29/10/2012 14:27

Artykul ciekawy,wrocily wspomnienia z tamtych lat,a znalam niektorych osobiscie….Tak,zony artystow nie maja latwo,moge to potwierdzic.





(max. 70 znaków)


Walczymy ze spamem w komentarzach. Spam generują roboty. Odpowiedź na poniższe pytanie przekonuje nas że nie jesteś robotem, tylko kochanym czytelnikiem Wloclawskie24.pl

Tę odpowiedź pozostaw pustą:

 
Który mamy miesiąc? (wpisz liczbę 1 .. 12)

 

Drogi Użytkowniku Portalu Wloclawskie24.pl! Zanim opublikujesz komentarz POMYŚL, czy jest on rzeczowy w kontekście artykułu, pod którym chcesz go zamieścić! Czy nie obrażasz kogoś lub nie naruszasz dóbr osobowych innych ludzi? Pamiętaj, że nawet w Sieci nie jesteś anonimowy!

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu, za treść których Wloclawskie24.pl nie ponosi odpowiedzialności. Portal zastrzega sobie prawo do usuwania obraźliwych wpisów. Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie prawo lub dobre obyczaje, zawiadom nas o tym.



← Powrót
 
 
 
 

Galerie »

 
_mg_3654_square157_mg_3649_square157_mg_3664_square157_mg_3656_square157_mg_3644_square157_mg_3657_square157_mg_3647_square157_mg_3643_square157_mg_3666_square157_mg_3651_square157_mg_3659_square157_mg_3660_square157_mg_3642_square157_mg_3663_square157_mg_3653_square157